Allan Jenkins
14 lipca || lat 22 || Londyn || Singiel || Gitarzysta zespołu Beast || młodszy brat
|| I wanna rock 'n roll all night and party everyday ||
mieszkanie trzypokojowe w centrum Londynu wraz bratem, kolegami i kotem o jakże dźwięcznym i niebywałym imieniu Kot
[Music]
Drugie (i jak do te pory najmłodsze) dziecko państwa Jenkins. Niezbyt ogarnięty, często wszystko gubi, przez co dostaje mu się po łbie. Wszyscy na niego krzyczą, a on ma to głęboko gdzieś. Totalny brak drugiej połówki. Dzięki temu ma więcej czasu dla swojej chyba jedynej (a za razem i największej) miłości czyli gitary, którą nazwał Marlena. Dziwnie, to dziwnie, ale grunt, że jemu to się podoba.
Szkołę rzucił jeszcze zanim na dobre miał zacząć do niej chodzić. Rodzice prosili, wręcz błagali, aby chociaż zawodówkę skończył. Uparł się na nie i tak pozostało do dnia dzisiejszego. Kto wie, czy to akurat nie była najlepsza decyzja w jego życiu.
Zaczął grać na gitarze od... Sam nawet tego nie pamięta, a ciotka Alice (która została menadżerką zespołu, ale o tym później) żartuje, że on już w okresie prenatalnym szarpał struny. Wraz z bratem wyprowadził się od rodziców. Wraz z innymi kolegami wynajęli stancję. Co z tego, że właściciel mieszkania powiedział jasno, że to jest lokum dla trzech osób? I że żadnych zwierząt tam nie można trzymać? No właśnie o to chodzi, że Allan nic sobie z tego nie robi (tak jak i piątka pozostałych współlokatorów wraz z kotem o imieniu Kot na czele).
Razem z kolegami z mieszkania założyli zespół. Pewnego razu grali gdzieś w jakimś pubie (nazwy nie pamięta, chociażby nie wie co). Tam zobaczył ich pewien pan. Pan przedstawił się jako Scott Riley z jakiejś tam wytwórni. Powiedział chłopakom, że jest nimi zainteresowany. Następnego dnia skacowani lokatorzy spod Regent Street 5 odwiedzili ową wytwórnię. Dziwne to było uczucie (przynajmniej dla Allana), kiedy wszyscy ich chwalili. Zazwyczaj większość mówiła, że to co robią jest niewarte zachodu. Że chleba z tego jeść nie będą. A tu proszę!
Ciotkę Alice ustanowili swoją menadżerką, bo miała nosa do takich spraw.
Stali się rozpoznawalni. Nagrali już nawet pierwszą płytę. Okazała się wielkim sukcesem. I jak tu wierzyć ludziom?



[A mi się pomysł bardzo podoba! :D Powiedz tylko od którego momentu zaczynamy - kiedy poznają się podczas przygotowań do koncertu czy już na afterparty? Daj znać i zaczynam! :)]
OdpowiedzUsuńElla
[ A jakie relacje byłyby między naszymi bohaterami? ]
OdpowiedzUsuńAudrey
[ O, bardzo fajnie. Ja zacznę, ale nie wiem czy już teraz, czy dopiero po dwudziestej, jak wrócę z wykładów na prawko :) ]
OdpowiedzUsuńAudrey
[Chętnie. Jakiś pomysł masz?]
OdpowiedzUsuńCharlie
W gruncie rzeczy, Charlie nie znosił Londynu. Wielka, paskudna, brudna, wiecznie zakorkowana metropolia, siedlisko patologii i wszelkich problemów. Tak w jego oczach jawiła się stolica Anglii, szczególnie w godzinach szczytu, kiedy nie dało się spokojnie przejść przez miasto. Dla kogoś, kto nie przepadał za ludźmi, to zdecydowanie nie było dobre miejsce.
OdpowiedzUsuńA jednak, pewne rzeczy zmuszały go do wyjścia na ulicę w chwili, w której większość ludzi wracała z pracy. Niezbyt mu się to podobało, co zresztą idealnie okazywała jego postawa, ręce w kieszeniach, spuszczony wzrok, nogi bezwiadnie szurające po ziemi. Prawdziwa alegoria focha, normalnie.
Nie oglądał się na to, czy w coś lub kogoś włazi. Jak zaliczy zderzenie czołowe, to przeprosi, proste. To się z zasady sprawdzało.
I miał nadzieję, że sprawdzi się i teraz, bo nie minęło nawet dziesięć minut, odkąd znalazł się na jednej z ulic, kiedy najnotmalniej w świecie kogoś "potrącił".
- Przepraszam - wyburczał cicho. Nie podniósł wzroku, niekoniecznie interesowało go, kim jest jego "ofiara".
Westchnął. A mama ostrzegała. "Patrz, jak łazisz", "Przepraszaj i nie wdawaj sie w zbędne dyskusje, szczególnie, gdy ktoś na ciebie krzyczy" i w końcu "Nie wdawaj się w bójki". No, w sumie, to nie mama ostrzegała. Ale ktoś na pewno, pewnie Dante, to on zawsze był najbardziej ogarnięty w całym ich domu wariatów.
OdpowiedzUsuńAle Charlie był jaki był, dobrych rad nie słuchał, wszystko robił po swojemu i dodatkowo był ciut zbyt porywczy. I nie przepadał za głupimi stwierdzeniami w stylu "cały świat jest przeciwko mnie". Też łatwego zycia nie miałm a udawało mu się od nich powstrzymać.
- Och, nie wiem, jak to odkryłeś, to żydomasoński spisek, mający na celu zniszczenie twojej osoby, a potem i całej rasy ludzkiej - wypalił, a właściwie wyburknął odruchowo. - Zamieszani są w to też dziennikarze i cykliści.
Odgarnął włosy i dopiero wtedy podniósł wzrok, by spojrzeć na to, z kim nieopatrznie wdał się w dyskusję. Uśmiechnął sie pod nosem. No tak, znał go, moze nie jakoś blisko, ale bywali razem w różnych miejscach, mieli wspólnych znajomych, to i parę razy ze sobą pogadali. Zrobiło mu się odrobinę głupio, przez ten tekst o spisku żydomasoński, ale miał cichą nadzieję, że zostanie mu wybaczony.
- Znaczy się wiesz, tego, cześć - uzupełnił.
- Może zabiłeś. Kapciem. Kto cię tam wie - zażartowaał, gdy chłopak już podniósł wzrok. Nie mógł sobie odpuścić tej drobnej złoliwości. Bawiło go zakłopotanie Allana, najwyraźniej większe niż jego własne. Wypadki i głupie sytuacje chodzą po ludziach, ale ta była wyjątkowa.
OdpowiedzUsuń- Wiesz, jak tak wszyscy się na ciebie uwzięli - zaczął. - To mam propozycję. Chodźmy się napić. Wódka to lek na wszystko, nawet, jeśli się od ciebie nie odczepią, nie będziesz w stanie się przejmować tym, że ktoś w ogóle coś do ciebie miał. Co o tym myślisz?
Charlie był dość spokojnym człowiekiem, dlatego nie zamierzał robić Allanowi żadnego Armagedonu, ba, nawet wyrzutów nie planował. Szczególnie, że miał ochotę schlać się do nieprzytomności.
OdpowiedzUsuń- Wiesz, jeśli płaciłeś za nie ich pieniędzmi, to nie ma się co dziwić, że nie spalili. Może szanują swoją kasę. Moja matka do dziś nie pozwoliła mi wyrzucić obrazka, w którym jest dziura, tylko dlatego, że go kupiła - zaśmiał się pod nosem. Raz próbował to zrobić, to wygrzebała go ze śmieci. - Nie spieszy mi się, na picie w przyzwoitym towarzystwie każda pora jest dobra.
- Jak wspólne, to pewnie wyszarpywaliby sobie najmniejszą drobinę kurzu - zażartował. Może nie było to zbyt śmieszne, szczególnie, że znał pary, które naprawdę były do tego zdolne. - Gorzej niż w mojej rodzinnej melinie nie będzi - mruknął. - Tam to jest syf na kółkach. Nie ma co sprzątać, bo zaraz albo będzie awantura i cały porządek szlag teafi. Naczyń to my już chyba w ogóle nie mamy - zaśmiał się ponuro.
OdpowiedzUsuń- Oj, stary, uwierz, nie licytowałbyś się, gdybyś mnie odwiedził - mruknął. - Ale wybacz, nie zaproszę cię, żebyś mógł przytaknąć. Już parę osób zwiało stamtąd z wrzaskiem - dodał ponuro. Cóż, przynajmniej uodpornił się na wszystkie paskudne i nieestetyczne widoki. Kto by pomyślał, że dwadzieścia sześć lat w melinie może mieć jakieś jasne strony...
OdpowiedzUsuń